Zrobieni w Balona – Aeroklub Bydgoski

Zrobieni w Balona

Półmrok, różowe cirrusy rozświetlające powoli nieboskłon, przejmujący chłód i krótki sen – czwarta rano.
Czy ktoś normalny wstaje o tej porze w sobotę? Hm…


Krótka samochodowa wycieczka z Aeroklubu Bydgoskiego do Buszkowa za Koronowem. Tam świt już w pełni. Na trawie zamarznięta rosa, rześkie i gęste powietrze. Anielski spokój przerywają narastające odgłosy nieśmiało poszczekujących strażników okolicznych gospodarstw i coraz mocniej świergoczących oznak wiosny. Srebrna Mazda z niewielką przyczepą wtacza się powoli na przydrożne boisko. Tam czwórka dziarskich młodzieńców wyjmuje zeń wielki wiklinowy kosz i kilka dziwnych pakunków. Z jednego wyciągają długą, niebieską szmacianą kichę, którą układają na wciąż zmarzniętej trawie. Napędzany małym silniczkiem benzynowym wiatrak zaczyna wdmuchiwać powietrze do wnętrza szmaty. Ta pręży się, faluje i wypełnia. Z każdą chwilą nabiera krągłości. Hałasujący wiatraczek budzi lokalnych mieszkańców, którzy z zaspanymi oczami, przyklejeni do szyby obserwują unoszący się z ziemi wielki niebieski kształt. Nagły huk budzi resztę mieszkańców. Dwa grzmiące gazowe palniki rozgrzewają powietrze wewnątrz i szmaciana kicha wstaje z nieoczekiwaną lekkością. Na początku tańczy dookoła kosza jak zaspana, na podobieństwo stojących na schodach swoich domostw mieszkańców w szlafrokach. Jeszcze kilka głośnych strzałów ze sprzężonych dysz gazowych i kształt ustala się w podłużną elipsoidę, tworząc piękny i kształtny balon.
Załoga gotowa. Długie jęzory ognia głaszczą wnętrze balonu jeszcze przez kilka sekund i ten już dłużej nie chce stać na ziemi. Odrywamy się zdecydowanie. Na wariometrze + 5 m/s wznoszenia i boisko startowe po chwili zamienia się w niewielką kopertę. Na 500 metrach wiatr jest wyraźny i zdecydowany. Szybujemy dosyć szybko prawie 40km/h. Malowniczość widoków podkreślają kwitnące rzepaki, kontrastujące ze świeżą zielenią młodych upraw i brązami gołych jeszcze pól. Niewątpliwą atrakcją są jeziora Byszewskie: wspaniały ciąg jezior rynnowych otoczonych lasami. To mój debiut w locie balonem. Zaskakujące wydaje się to, że można nim sterować. W zależności od wysokości nasz balon do 500 m potrafił zakręcić w prawo o 45 stopni na zachód, a im był niżej, wiatr skręcał pchając nas na południe i południowy wschód. Znajomość tych reguł wynikających z działania tzw. siły coriolisa daje spore możliwości sterowania tą bezwładną wielką kulą gazu. No właśnie, bezwładność. W sterowaniu balonem wyczucie jego bezwładności wydaje się kluczowe. W zależności od wagi załogi jest ono inne i pilot musi dokładnie wiedzieć, kiedy i w jakim interwale czasu go podgrzewać, żeby zapewnić odpowiedni kierunek i wysokość lotu. Wrażenia są wspaniałe. Lata się nisko i powoli. Żaden ze znanych mi statków powietrznych nie dostarczył mi tylu bezpośrednich wrażeń. Najbliższe temu jest chyba latanie nad zboczem na paralotni w stylu gaciami po gałęziach, ale tutaj jest znacznie większy spokój i zakres bezpieczeństwa. Można dosłownie sunąć tuż nad wierzchołkami przybrzeżnych drzew czy smyrając kwitnące sady czuć ich intensywny zapach. Można również nawiązać bezpośredni kontakt głosowy z machającymi przechodniami, przestraszyć kury w kurniku lub doprowadzić uwiązanego burka do obłędu. To prawdziwie wspaniałe uczucie potęgowane spokojem powietrza, wszak przesuwamy się wraz z nim. Przychodzi jednak taka chwila, kiedy trzeba nawiązać kontakt z matka ziemią. Lot trwał prawie godzinę. Balon w rękach wytrawnego pilota, jakim jest Jarek Górnowicz, słucha jego zamiarów i poleceń. Ten delikatnie opuszcza gondolę ku ziemi. Miękko osiedliśmy na zeszłorocznym ściernisku, ale kosz razem z pasażerami fiknął na bok ściągany siłą pchanej przez wiatr ogromnej powierzchni. Ściągamy linę korony, balon opróżnia się przez klapę spustową i ponownie zamienia w długą i cienką szmacianą kiszkę. Piloci tych statków powietrznych lubią żartować, że lądowanie balonem jest kontrolowaną katastrofą lotniczą. Pewnie dla niektórych pań mogłoby to być nie lada przeżyciem, być tak blisko pilota w pozycji horyzontalnej, ale szybko i łatwo można wyjść z kosza ciesząc się zakończonym lotem i sycąc wspomnieniami pięknych widoków.
Bardzo się cieszę, że dzięki Jarkowi balon wrócił nad nasze niebo i mam nadzieję, że zarówno ci w koszu, jak i ci na ziemi będa się jeszcze długo cieszyli jego widokiem.

fot: Grzegorz Nadolny


© Aeroklub Bydgoski